Archiwum kategorii ‘Ik’
Skąd do anielki wziął się wąsaty???
Znowu spózniona. Za trzy wpół do. Cichutko zamykam za sobą drzwi. Ciemno. Wokół wszyscy jeszcze śpią. Rytmicznie stukam obcasami po chodniku a na opustoszałej ulicy dżwięk głośno odbija się echem. Wstawać śpiochy! Przemyka mi przez glowę złośliwie. Mróz sprawia, że zaciskam zęby.
Przebiegam przez pasy, patrzę w lewo- jeszcze nie jechał. Na przystanku dopiero jedna osoba. Jest git.
Podchodzę. Po chwili zimno wdzera mi się pod ubranie. Nerwowo przestepuję z nogi na nogę. Dziewczyna ziewa głośno a z jej ust wydobywa się gorąca chmurka pary. Po chwili zaczynają się schodzić-najpierw dwie studentki z wypchanymi plecakami; obie w podobnych czapkach i “uggach” obgadują jakiegoś nudnego nauczyciela. Potem zjawia się para: ona w przyciasnej kurteczce z futrzanym kołnierzem, on z niedojedzoną bułką w ręce. Oboje są zaspani i głośno ziewają nie zakrywając buzi. Zastanawia mnie jak można czuć smak jedzenia przy temperaturze -6. Odwracam się tyłem z zainteresowaniem studjując najnowszy plakat reklamowy- przystojny młody chłopak w obcisłej podkoszulce i w getrach w dość dumnej pozie reklamujący chleb. Dobre zdjecie.
Cholera! Nie wiadomo skąd zjawia się jakiś wyrostek i od razu bezczelnie wpycha się przede mnie. O niedoczekanie twoje kochasiu, ja wsiadam pierwsza! Cicho skradam się za nim aż pod sam znak. Po przeciwnej stronie ulicy trzaskają drzwi i po chwili obok mnie staje blond sex bomba 45+. Wyperfumiona jak zawsze; na zmiane kaszle i zaciaga sie malborasem. A więc są już prawie wszyscy.
Zęby mi dzwonią i najchętniej podskoczyłabym kilka razy dla rozgrzewki. Wyrostek rozciera zmarznięte dłonie, blondyna rzuca niedopałek papierosa na środek ulicy. Cisza. Słychac tylko szum rytmicznie przejeżdzających samochodów.
Wszyscy wydają się senni i niemrawi ale ja dobrze wiem, że to tylko pozory. Nagle nasze małe stadko ożywa. Najpierw ruszają się studenki, ziewająca para przesuwa się bliżej. Po pasach w stronę przystanku przebiega wysoki młodzian i wbija się w środek grupy. Studentki wpychają się na blondynę, blondyna na mnie, ja na wyrostka, wyrostek na starego z wąsem. Skąd do anielki wziął się wąsaty??? Musiał przyjść od drugiej strony i zaczaić się za plakatem przystojniaka z chlebem.
Szukam biletu, starając się utrzymać równowagę. Autobus staje za daleko. Zbijamy się w ciaśniejszą kulkę i razem toczymy się w stronę wejścia. Wyrostek podkłada mi łokiec. Staram się stanąć bokiem blokując studentki. Niedoczekanie wasze, mi też jest zimno. Do środka zostaję wepchnięta jako trzecia. Złota zasada wolnego miejsca – najlepiej znaleźć się w pierwszej trójce. Od razu zerkam na początkowe siedzenia tyłem do kierunku jazdy- cholera! Zajęte. Dalej nawet nie ma co patrzec. No nic, dzisiaj postoję…
Szczęściara
Pierwszy tydzień w nowej pracy już za mna…ufff. Dużo nowych twarzy, imion, skrótów. (Zapamietaj: żółty klucz od wejścia a czarny od ogrodu…)
Bilans: tylko dwa razy zgubiłam się w budynku i ani razu nie zatrzasnęłam się w ubikacji
Dni mijaja mi szybko, głównie na zapamiętywaniu i poznawaniu ludzi. Zazwyczaj pytam ich skąd są i tak oto: Ameryka, Nowa Zelandia, Kanada, Autralia, Grecja, Portugalia, Włochy, Hiszpania, Chorwacja… jeden wielki misz-masz. Generalnie buiro już świeci przedswiątecznymi pustkami, bo większość osób wraca na święta do domu. Tymczasem przede mną pierwsza biurowa impreza i sprawdzian pamięci (Steven? Dennis?? David???).
Grudniowy Amsterdam rozbrzmiewa dzwonkami tramwajów. Jest gwarnie i jasno od ozdób świątecznych. Dzieciaki na rynku śpiewają kolędy; w powietrzu unisi się przesłodki zapach oliebollen a małe kafejki aż proszą się o krótką wizytę na filiżankę gorącego kakao.
I dopiero teraz, wędrujac sobie tymi wąskimi uliczkami czuję, że mogę nareszcie po prostu odetchnąć….
Beta – ta czy nie ta?
Beta przychodzi niespodziewanie i szumnie- email szumi komentarzami a opinie szeleszcząc spadają hałaśliwie na serwer.
Wreszcie cos się dzieje…
Krytyka goni krytykę a ząb zębem zgrzyta, bo wszędzie pełno jeszcze niedociągnięć i co runda to niewypał. Pora zwiększyć tempo, bo jak mawia A. to, choć „weekend jest jeden, to dni wolnych dwa”.
Przybywa nowych efektów i ludzi, otoczenie zmienia się i komplikuje. Teraz testuję już wszystkie opcje i wszystkie możliwości. W zapomnieniu wyłapuje Bugi jak szalona a one wciąż plenią się jak chwasty.
Macham kończynami tak długo, aż mój inter i outer fejs zaczyna reagować prawidłowo. Teraz regularnie biegam do parku na poranna porcje jogu.
Audio w geście zbratania wreszcie zgadza się z Wideo. Następuje uroczysta wymiana uścisków i uśmiechów. Wciąż jeszcze wyłapuję orty, literówki oraz ucięty tekst, ale gra się toczy dalej,
Pomimo kolejnych kilku wpadek, zaczyna mnie to wszystko najzwyczajniej w świecie bawić. Wreszcie…
Raz, dwa, trzy test. Alfa
Alfa jest zasadniczo i z założenia niestabilna. Zazwyczaj wersja ta dostępna jest jedynie dla twórców, zakodowana i niezrozumiała dla otoczenia. Wiadome są teoretyczne operacje, jakie powinny być wykonane oraz gromadzone są duże ilości informacji.
Cos tam w tym łebie-repozytorium spoczywa na dnie, lecz jeszcze nieruchawe i w absolutnej niemocy.
Wydaję się ograniczona. Mój inter i outer face jest spuchnięty i poszarzały od nadmiaru informacji i braku świeżego powietrza. Na tym etapie wszystkie (zmiany) są bolesne. Niby cos już jest, coś się kluje, ale Alfa nie nadaje się jeszcze do prezentacji, ani tym bardziej do zabawy. Zamykam się w pokoju i sprawdzam po kolei każdy podsystem, każdy przycisk i każdy komunikat.
Ponoć na wahania najlepsze są: „wiara, wódka i wakacje”, ale ja cala jestem pochłonięta G. i K. W miejscach czarnych dziur gdzie niespodziewanie nie znajduję wyjścia, ustawiam prowizoryczne tabliczki z napisem: „Uwaga Placeholder”.
Glos czasami odmawia mi posłuszeństwa, a obraz często płata dzikie figle. Wystarczy sekunda nieuwagi, by wszystko przeniosło się w stan zawieszenia i pozostało tam na dłuższą chwile, aż jak mój Tropiciel Defektów nie kopnie z całej siły w pudlo! O proszę- Reset.
Faza londyńska pre-Alpha czyli o poszukiwaniach i inspiracji.
Będąc jeszcze w Londku, raźno i dumnie wkroczyłam w pre-Alfa. Wyznaczyłam sobie zakres całego przedsięwzięcia, koszt imprezy, określiłam niezbędne parametry i materiały. Rozplanowałam czas i miejsce każdej dużej czynności, przy pomocy grafu rozbijając je na małe cząstki.
Zaplanowałam posunięcia budżetowe, rozwiązania logistyczno- administracyjne, jak również niejasno nakreśliłam w głowie pierwszy szkic.
Całość wydawała się jeszcze bardzo mglista i choć nic nie było jeszcze wiadome, ja miałam w głowie plan i wizje siebie w białej kiecce na rynku w MUMU.
Etap gold został szybko zdefiniowany w postaci własnego kotka we własnym ogrodzie gdzieś w MUMU; natomiast cała filozofia nadzoringu składała się głównie z głupiego szczerzenia się do własnych myśli i ze szczerzenia się do innych.
Pozostawała jeszcze tylko kwestia opracowania odpowiedniego systemu dla Tropiciela Defektow, którego zadaniem było raportowanie o obecności wszelakiej maści chochlików, czyli tzw. Bugów. Byłam ustawiona!
Karuzela

by Thomas Hawk via Flickr
Przyznaję bez bicia, że ostatnio zaniedbałam mojego bloga… miałam trochę dużo na głowie w zwiazku z szukanie pracy…czy raczej jej brakiem. W ramach ucieczki od codziennosci pomogły mi wesołe wakacje i trasa: Katowice–> Kraków–> Łęka Opatowska–> Kudowa Zdrój–> Praga–> Katowice.
Och…i twarożek ze szczypiorkiem i lody, ogórkowa, kluski i lody, karkóweczka z grilla i lody a w miedzyczasie serniczek….
A tak na poważnie to lubię przyjeżdżac do PL żeby się trochę wyciszyć w tak zwanym „nieróbstwie”, naładować „baterie”, pooddychać swieżym powietrzem, poszwędać się pociągami PKP i poczytać ksiązki…
Pomijąjac fakt, że internet mi w domu zaginął gdzieś w akcjii i że nie dadążam z odpowiedziami na wszystkie nagromadzonone maile dodam, że zaczęłam nową pracę w raczej zwariowanym biurze… Generalnie chcialam tylko dać znać, że jestem i nigdzie się nie wybieram a karuzela znowu się kręci…
How to save your job?
Znalazłam ten obrazek na jednej stronce odnośnie szukania pracy … jakoś mnie zauroczył
Pozdro dla wszystkich szukających!

Wolność słowa dzisiaj- czy można?
Nikogo nie zdziwi fakt, ze w Holandii można otwarcie nazwać przyszłego następcę tronu “pacanem”, posłuchać w telewizji publicznej jak Geert Wilders ostro szykanuje muzułmanów lub też powiedzieć własnemu szefowi, co się o nim myśli… Holandia bowiem była pierwszym zachodnim krajem, w którym wprowadzono ustawę o ochronie wolności słowa. To właśnie ten fakt zachęcał filozofów i myślicieli z całej europy, by publikować tu swoje prace już w XVII wieku.
A jak sytuacja wygląda dziś? Jest przecież Internet, są blogi, jutuby i wiele innych narzędzi, które możemy wykorzystać by wyrazić swoja opinię. Otóż wciąż jednak w wielu miejscach na świecie realia wyglądają zupełnie inaczej a zwykli ludzie, tacy jak ja i ty nie są w stanie jasno i otwarcie wyrazić swojej opinii nierzadko pod groźbą ciężkich kar i szykan.
Dlatego właśnie moi koledzy z Global Voices stworzyli program Global Voices Advocacy, który ma za zadanie nie tylko szerzenie wiedzy o problemach wolności słowa na sieci, lecz również tworzenie specjalnych programów i kampanii w walce z cenzurą. GV Advocacy ma za zadanie niesienie pomocy blogerom, oraz organizowanie warsztatów i spotkań wszędzie tam, gdzie wolność słowa wciąż jest tylko mitem.
Dlatego też wraz z Sylwią pragnę przyłączyć się do wspólnej akcji. Otóż Zemanta liczy ile razy odpowiemy na pytanie, dlaczego lubimy pomysł Global Voices Advocacy (I vote for Global Voices Advocacy, because…) i wkleimy tekst z linkiem (po prostu wklejcie tak jak ja):
‘this blog post is part of Zemanta’s “Blogging For a Cause” (http://www.zemanta.com/bloggingforacause/) campaign to raise awareness and funds for worthy causes that bloggers care about.’
Moje uzasadnienie: I like the Global Voices Advocacy…ponieważ ta niesamowita grupa ludzi, którzy bezinteresownie docierają tam, gdzie wolność słowa jest zagrożona naprawdę ZMIENIAJĄ coś w życiu innych. Również dlatego, że moi znajomi z Indonezji, Chin i Iranu nie mieli takiej szansy we własnym kraju i słuchanie ich historii nieczęsto powoduje u mnie gęsia skórkę.
Przyłączcie się do akcji sprawdzając stronę GV Advocacy i wrzucając linka z waszym uzasadnieniem na bloga!
Perutku Gendut*
Nie skaczę z radośći do sufitu i nie ćwiczę wojennego tańca apaczów po pokoju. Obyło się również bez gromkiego “Jiiii-haaaa!” po przekroczeniu granicy. Zamiast tego jest spokój i wrażenie, że upychanie kilograma sera do cudzej-już-własnej lodówki to najbardziej naturalna rzecz pod słońcem.
Niewiele sie tu zmieniło przez te dwa lata. Najpierw mijam sklep z płytami, potem cukiernia i kiosk, w którym parzą obrzydliwą lurę eufimistycznie zwaną kawą. Droga do domu odnajduje się przede mną sama, park z pawiami po lewej i machinalne “do widzenia” rzucone kierowcy autobusu. Klucz w żółte piłeczki tenisowe grzecznie czeka owiniety w serwetkę pod pojemnikiem na smieci tak, jakby od zawsze powtarzał się nasz mały rytuał. Na lodówce przypięta notka ” witaj w domu” . W kuchni podloga w różyczki, kubek ze zdjeciem ślubnym Maximy i Willema, ( wszyscy kochają Maximę) a na kazdym kroku gapi sie na mnie Marilyn Monroe.
Żeby jednak nie było tak idealnie to dodam, że zamiast Śmierdzącej Ryby znalazła się wioniejąca toaleta w autokarze ( wioniejąca prosto na mnie przez prawie 12h), kilka nieświeżych stóp pochodzenia odwspółpasażerskiego oraz podejrzanie cuchnąca kanapa na promie…to chyba dobry omen?
——————————
*czyli “mam pełen brzuch” (sera) w jezyku Bhasa Indonesia…
Misz i masz…
…czyli jednym slowem bol glowy. Ostatnie tygodnie byly pelne wydarzen- ostatnie egzaminy ( jestem absolwentka!! ), ostatnie pozegnalne kawki i herbatki, i ostre szukanie pracy… Kilka rozmow- jak dotad nic szczegolnego ale mam juz na oku cos nowego , wiec tylko trzymam kciuki…
Zaczelam tez ostro trenowac - 5km po parku w podskokach za sarnami ( uwaga na bobki) 3x w tygodniu… (ok, JUZ lubie biegac).
Teraz pora na pakowanie pudel i walizek, toreb i wywalanie ton smieci i papierow zgromadzonych nie wiadomo kiedy a przechowywanych nie wiadomo po co…Pamietam jakim zaskoczeniem bylo dla mnie gdy przeprowadzajac sie do Londynu uswiadomilam sobie, ze “dobytek mojego zycia” ( 9 pudel, 2 walizki , 3 torby i 2 wielkie worki na smieci + gitara+ bzdurki) wypelnia nieomalze w calosci wnetrze vana a przeciez jak przyjezdzalam do NL zaledwie 3 lata wczesniej wystarcyl mi 25 litrowy plecak…A co dopiero teraz, kiedy dobra doczesne mi sie rozmnozyly w postaci kompletu kieliszkow do martini, 3 pojemnikow na kamienie mozaikowe, skorup, kilku ksiazek i prawdziwego miksera???? Gdzie ja to wszystko pomieszcze?!
Tymczasem w ramach uskuteczniania teorii ” co masz zrobic dzis , zrob pojutrze – bedziesz miec dwa dni wolnego” lekko i swawolnie lecimy do Polszy na impreze zbiorowa pt: “Komunia” i juz nie moge sie doczekac bigoooosu!









