Archiwum kategorii ‘Przeprowadzka’
Perutku Gendut*
Nie skaczę z radośći do sufitu i nie ćwiczę wojennego tańca apaczów po pokoju. Obyło się również bez gromkiego “Jiiii-haaaa!” po przekroczeniu granicy. Zamiast tego jest spokój i wrażenie, że upychanie kilograma sera do cudzej-już-własnej lodówki to najbardziej naturalna rzecz pod słońcem.
Niewiele sie tu zmieniło przez te dwa lata. Najpierw mijam sklep z płytami, potem cukiernia i kiosk, w którym parzą obrzydliwą lurę eufimistycznie zwaną kawą. Droga do domu odnajduje się przede mną sama, park z pawiami po lewej i machinalne “do widzenia” rzucone kierowcy autobusu. Klucz w żółte piłeczki tenisowe grzecznie czeka owiniety w serwetkę pod pojemnikiem na smieci tak, jakby od zawsze powtarzał się nasz mały rytuał. Na lodówce przypięta notka ” witaj w domu” . W kuchni podloga w różyczki, kubek ze zdjeciem ślubnym Maximy i Willema, ( wszyscy kochają Maximę) a na kazdym kroku gapi sie na mnie Marilyn Monroe.
Żeby jednak nie było tak idealnie to dodam, że zamiast Śmierdzącej Ryby znalazła się wioniejąca toaleta w autokarze ( wioniejąca prosto na mnie przez prawie 12h), kilka nieświeżych stóp pochodzenia odwspółpasażerskiego oraz podejrzanie cuchnąca kanapa na promie…to chyba dobry omen?
——————————
*czyli “mam pełen brzuch” (sera) w jezyku Bhasa Indonesia…
Winna
Winna jestem dlugaśnego i wyczerpującego posta. A więc od początku:
Po wielu nieudanych podchodach (odstraszający wężyk kolorowych i rozpaplanych turystów ciągnący się po sam horyzont) udało mi się wreszcie zaliczyć Dom Anny Frank! ( Polecam środy, w okolicach 9 rano). Jak to poetycko podsumował Ssawek „ dom jak dom” dodając jeszcze kilka krytycznych uwag o mnie roli ofiary marketingu, że niby doprawdy a i owszem, ze szczególnym naciskiem na cale (zgrozo) 17 euro wydane celem zwiedzania. No, ale być w Amsterdamie i domu Anny Frank nie wiedzieć? Toż to doprawdy wstyd…
Był tez spacerek po ukochanym przez nas Jordanie z kolorowymi domkami i dziwacznymi sklepikami, Westermarkt i poffertjes nad kanałem (tradycyjne holenderskie mini-naleśniki podawane z masełkiem i cukrem pudrem). Były tez wizyty i uściski przy kolacji i nad torcikiem oraz ser, ser i jeszcze więcej sera…
Ponieważ nasz mały hotelik pełnił również funkcję wypożyczalni rowerów, mogliśmy codziennie męczyć nasze dupska celem błądzenia po mieście vel zwiedzania. W ten oto sposób oprócz błąkania się po centrum i okolicach de Pijp, zwiedziłam również Amstelveen i praktycznie cały Amsterdamse Bos (Las Amsterdamski). Pseudo-Las w rzeczywistości okazał się dużym parkiem ze zmyślnie wytyczonymi trasami: osobno dla pieszych, dla rowerzystów i dla koni, typowy holenderski zmysł wszechobecnego ładu i porządku…
Rowery, jak widać, były wściekle żółte i może dlatego wszyscy omijali nas szerokim łukiem a kierowcy ciężarówek z kurtuazja ustępowali drogi. Porównując to Amsterdamskie szalone tempo przetykane wściekłym tramwajowym “dzyń-dzyń” z pedałowaniem po Utrechcie, raz jeszcze musze przyznać punkt dla MUMU, gdzie nawet godziny szczytu wydaja się niedzielna sielanka
Generalnie na ulicy zasada jest taka: tramwaj ma zawsze pierwszeństwo, bo jest największy i najgłośniej dzwoni. Następni w hierarchii są święci niczym hinduskie krowy rowerzyści i im wolno im prawie wszystko. Piesi zasadniczo są po to żeby schodzić z drogi innym, ale prawdziwa zakałą są kierowcy i to oni zazwyczaj są wszystkiemu winni. ( Czy ja aby na pewno chce się uczyć jeździć samochodem w NL?)
Po części kulturalno artystycznej nastąpiły dwie pozytywne rozmowy z przedstawicielkami agencji pracy, które obiecały znaleźć mi przyzwoite zatrudnienie ASAP- alleluja, trzymajcie kciuki.
PS. Właśnie dostałam maila z MUMU z oferta korporacji G z Almere i mam nadzieje wyruszyć na przesłuchania już pod koniec przyszłego tygodnia! Planowany termin przeprowadzki już za niecały miesiąc…





