Archiwum kategorii ‘rowery’
Co należy zrobić z flakiem?
Otóż nie tylko w Holandii flaki się zazwyczaj pompuje. Można to zrobić własnoręcznie lub w wypadku braku specjalistycznego sprzętu można się tez udać do pobliskiego mechanika rowerowego.(?)
Tuż po rozpoczęciu operacji na moim flaku, do sklepu rowerowego wkroczyła bardzo bujna holenderka o wydajnym biuście. Młode chłopię walczące właśnie z flakiem najpierw się wybałuszyło, potem wgapiło a na końcu leniwy uśmiech wypełznął na jego poczciwa twarz. I tak wybałuszono-wgapiony w tą piękną dwudziestoletnią systematycznie flaka pompował:
psssst, pssst, pssst, psssst…. pssssssssst, pssssssssssst, psssssssssssss….
W końcu musiałam interweniować, bo pomyślałam, że w takim tempie zaraz mi ta oponę wysadzi. ( Znacie te pompki do roweru, które wyglądają jak zapalnik bomby?).

Odzyskawszy swój wehikuł bezzwłocznie wyjechałam na ulicę.
Wyrzuciło mnie z siodełka już na najbliższych „kocich łbach”, po czym dzwonek samoczynnie się rozszalał z powodu nadmiernych wstrząsów. Moja opona była twarda jak kamień!
Po przyjeździe do domu okazało się, że rzeczone chłopię zapomniało również o wentylu no, ale pies drapal wentyl…ważne że po gładkim sunę teraz jak przysłowiowy pershing!
Z glową w chmurach…
Ach i och i sami zobaczcie …






Ze starego pamiętnika cd…
Moja pierwsza sobota w Krainie Sera…
Zapytana o najważniejsza rzecz i świętość dla Holendra odpowiem- rower! Otrzymawszy wiec ten niezbędny przedmiot ja również poczułam się jak rodowita Holenderka.
Najpierw należało jednak odkryć drogę do centrum Hilversum…nota bene centrum medialnego Holandii, mieszczącego wszystkie najważniejsze studia filmowe i telewizyjne. Z moją czysto kobieca dezorientacja w terenie ustaliłam wiec „pieszo” cel pierwszej wyprawy i zmierzyłam czas…20 min marszu, czyli rowerem jakieś 7 minutek. Zapoznawszy sympatyczna Słowaczkę Weronikę, umówiłam się z nią w centrum właśnie w sobotę wieczorem.
Pomijając kilka wpadek, jak niepotrzebne targanie roweru na ramieniu po schodach wiaduktu kolejowego (objazd znalazł się 50 metrów dalej) oraz jazda po uliczce tak wąskiej, że aż kierowcy wychylali się z okien i bili mi brawo…bo, jak się później okazało jechałam dokładnie OBOK ścieżki rowerowej ( ciemno było!), wreszcie dotarłam do Centrum.
Zapoznawszy się z knajpkami centrum i przyjaciółmi Słowaczki zapragnęłam wrócić do cieplutkiej pościeli, niestety ta noc dla mnie miała się dopiero zacząć…
Specyfika Hilversum polega na tym, że 90 % ulic jest jednokierunkowych… to, co wydaje ci się łatwe do zapamiętania okazuje się piekielnie skomplikowane, po kilku piwskach i „ w druga stronę” …no i pojechałam sobie…Kółka się kręcą, wiatr gwiżdże, okolica piękną, aż tu nagle dotarło do mnie ze mi się domy skończyły… = wyjechałam z miasta i oto zdążam wąska dróżką w stronę wioski zwanej Blaricum…
O lolo!
Po około 20 minutach błądzenia z te i nazad, gdy już stanowczo postanowiłam ułożyć się pod drzewem, przykryć rowerkiem i poczekać te kilka godzin do świtu, tuz nad szczytami drzew ujrzałam zbawienie- wieżę nadawcza z dumnie święcącym czerwonym światełkiem! Alleluja, i wszyscy święci. To właśnie to światełko widać z mojego okna, …gdzieś dziesiątki kilometrów stad.
Z głową zadarta do góry udalo mi się wreszcie powrócić do cywilizacji. Pomimo wszystko zasypiam dumna z siebie, i „kontent”. Zasypiam, choć na krotko, bo na jutro zaplanowałam sobie pierwszą wyprawę do Amsterdamu…bynajmniej nie rowerem!
O rowerach
Moj pierwszy holenderski rower wyglądał tak:

Uznacie pewnie, że to kawał starego rzęcha, który musiał wegetować w deszczu i śniegu na jakimś zapomnianym amsterdamskim kanale, co najmniej kilka ładnych lat ( i brawo, tak właśnie było).
Lecz sam rower był wtedy u szczytu formy. Ba! Mój zielony przyjaciel okazał się idealnym towarzyszem wszelakich wypraw i wypadów: lekki ( sprawdzałam), zwinny, nierzucający się specjalnie w oczy…
Chociaż Holandia wydaje się krajem cywilizowanym, z umiarkowanym stopniem przestępczości, to jednak od dawien dawna kradzież rowerów stanowi jedna z ulubionych rozrywek narodowych. Trudno to nawet nazwać kradzieżą, to po prostu taki wariacki odbijany – raz ja tobie raz ty mi. Jak raz człowiek wróci z roboty a tu siodełka brakuje, to tylko wzruszy ramionami i pójdzie pieszo, lecz gdy na drugi dzień brakuje juz przedniego kola i ciężko rower odholować do zakładu człowiek zaczyna się rozglądać czy jakiś inny jest akurat „wolny”;). Poza tym rowery są stosunkowo tanie i nówki-nie-chodzone są do nabycia za jakieś 10 euro …oczywiście nie w sklepach…
Precedens kupowania kradzionych rowerów od tzw. junkich nigdzie nie jest bardziej prosty jak wlaśnie w Krainie Sera, wystarczy przejść się pod uczelnię w Amsterdamie w biały dzień, bądź też wracając wieczorem z imprezy zostać przyjacielsko zagadniętym przez przynajmniej 3 sprzedających… Ceny kłódek rosną, a interes kwietnie…za generalnym przyzwoleniem społecznym…(stety!)
Czasami pan policjant lubi się przebrać się za niby-kloszarda i wtedy sprawa nie jest już taka wesoła, bo jak dojdzie do fizycznej wymiany pieniążków ma się mandat jak w banku plus nieprzyjemności… Stąd właśnie nieogarniona miłość złotej młodzieży holenderskiej do wszelakiego rodzaju marginesu społecznego i przyjacielskie pogawędki w stylu: „ Ale ty nie jesteś z policji??”
Wniosek z tego taki, jeśli wybierasz się do NL inwestuj mądrze -załatw sobie starego rzęcha, i dużą kłódkę, najlepiej z łańcuchem (kabelkowe ty tylko marna parodia) …Porządna kłódka to bagatelka równowartość pięciu rowerów, ale tylko tyle ci zostanie przy pierwszej próbie zostawienia go sam na sam z pozornie przyzwoicie i solidnie wyglądającym słupem.
A! I należy zawsze przypinać za przednie kolo, bo tylnie jest trudniej odkręcić od ramy…





