Archiwum kategorii ‘Z pamietnika’
Ze starego pamiętnika cd…
Moja pierwsza sobota w Krainie Sera…
Zapytana o najważniejsza rzecz i świętość dla Holendra odpowiem- rower! Otrzymawszy wiec ten niezbędny przedmiot ja również poczułam się jak rodowita Holenderka.
Najpierw należało jednak odkryć drogę do centrum Hilversum…nota bene centrum medialnego Holandii, mieszczącego wszystkie najważniejsze studia filmowe i telewizyjne. Z moją czysto kobieca dezorientacja w terenie ustaliłam wiec „pieszo” cel pierwszej wyprawy i zmierzyłam czas…20 min marszu, czyli rowerem jakieś 7 minutek. Zapoznawszy sympatyczna Słowaczkę Weronikę, umówiłam się z nią w centrum właśnie w sobotę wieczorem.
Pomijając kilka wpadek, jak niepotrzebne targanie roweru na ramieniu po schodach wiaduktu kolejowego (objazd znalazł się 50 metrów dalej) oraz jazda po uliczce tak wąskiej, że aż kierowcy wychylali się z okien i bili mi brawo…bo, jak się później okazało jechałam dokładnie OBOK ścieżki rowerowej ( ciemno było!), wreszcie dotarłam do Centrum.
Zapoznawszy się z knajpkami centrum i przyjaciółmi Słowaczki zapragnęłam wrócić do cieplutkiej pościeli, niestety ta noc dla mnie miała się dopiero zacząć…
Specyfika Hilversum polega na tym, że 90 % ulic jest jednokierunkowych… to, co wydaje ci się łatwe do zapamiętania okazuje się piekielnie skomplikowane, po kilku piwskach i „ w druga stronę” …no i pojechałam sobie…Kółka się kręcą, wiatr gwiżdże, okolica piękną, aż tu nagle dotarło do mnie ze mi się domy skończyły… = wyjechałam z miasta i oto zdążam wąska dróżką w stronę wioski zwanej Blaricum…
O lolo!
Po około 20 minutach błądzenia z te i nazad, gdy już stanowczo postanowiłam ułożyć się pod drzewem, przykryć rowerkiem i poczekać te kilka godzin do świtu, tuz nad szczytami drzew ujrzałam zbawienie- wieżę nadawcza z dumnie święcącym czerwonym światełkiem! Alleluja, i wszyscy święci. To właśnie to światełko widać z mojego okna, …gdzieś dziesiątki kilometrów stad.
Z głową zadarta do góry udalo mi się wreszcie powrócić do cywilizacji. Pomimo wszystko zasypiam dumna z siebie, i „kontent”. Zasypiam, choć na krotko, bo na jutro zaplanowałam sobie pierwszą wyprawę do Amsterdamu…bynajmniej nie rowerem!
Ze starego pamiętnika
Holland
Dzień 1
…właściwie to jedna druga, bo jest kolo południa i po blisko 14 godzinach jazdy siedzę w moim nowym pokoju….sama. Mieszkanie przypomina raczej roboty drogowe niż dom…na podłodze wala się gruz, kable, pędzle i resztki obiadu robotników…. Na razie tylko w moim pokoju jest dywan i meble. Kuchnia składa się z 3 szafek… i to by było na tyle. Co dziwne, do kibelka wchodzi się przez kuchnie a światło zapala się przy pomocy dwóch kabli wystających ze ściany…zupełnie jakbym odpalała kradzione auto. Odkryłam tez, ze balkon kuchenny wychodzi na śliczny ogród z wylegującym się na słońcu ogromnym czarnym kocurem!!!!
Johan przywiózł mi karton z kubkami, garnkami, makaronem i kawa (!!) i cały wór świec.
Czuje się trochę jak na misji w buszu…Johan ma lekkiego zeza, czy raczej uciekające oko…to musi być chyba jakiś tutejszy gen- bo to juz któraś osoba z kolei…Przytargał tez kartonowa tabliczkę z napisem WELCOME AGA K., po czym dodał, ze bal się napisać pełne nazwisko, bo jest za długie i za skomplikowane. Tabliczki z zapomniał mi pokazać na dworcu…ale stwierdził, ze mi ja zostawi na pamiątkę ( hahah)
A wiec jestem sama w pustym cichym domu, z ekipą remontową, wyłączonym kaloryferem, wypaczonym balkonem, który ponoć może wypaść w każdej chwili, betonowym pyłem wdzierającym się w nos, prysznicem jak w wiezieniu i dziurawym czajnikiem…dodam w obcym kraju…
Do tego padam na ryj i jestem przerażona, ( co wg zasady odwrotności sugeruje sukces:), bo powoli zaczyna docierać do mnie, co się tutaj do cholery dzieje…
Ale nie wiedzieć czemu, kiedy tak patrzę na ten chaos i dopiero kształtujące się na moich oczach zaczątki …czegos…ogarnia mnia spokoj i po prostu CZUJE się jak w domu i mam ochotę wybiec na balkon albo wybiec na główną ulice i krzyczeć!!!!!




